Pomyślałem: no to, Tadziu, Wesołych Świąt! – Wspomnienia Tadeusza Niedziałka

https://www.youtube.com/watch?v=-01OTRh_itE&t=527s

Tadeusz Niedziałek w czasie stanu wojennego pracował jako kierowca na Politechnice Warszawskiej. Był członkiem pierwszej Komisji „Solidarności” na uczelni.

To, że byłem kierowcą bardzo pomogło mi w mojej działalności podziemnej. Dysponowałem samochodem dostawczym, paliwem i czasem. Miałem wspaniałego szefa Pana Edmunda, który nie należał do „Solidarności”, ale brał udział w Powstaniu Warszawskim, był w Armii Krajowej. Pan Edmund dał mi carte blanche na moje „wybryki”.

W nocy z sobotę na niedzielę, czyli z 12 na 13 grudnia 1980 roku z żoną słuchaliśmy radia. Nadawano koncert dla robotników. Ale trzydzieści minut po północy radio nagle „zdechło”. Popatrzyliśmy na siebie ze zdziwieniem. Kupiłem ten odbiornik okazyjnie kilka dni wcześniej w sklepie ze szkłem kuchennym! Taka to była rzeczywistość. Powiedziałem do żony: – Chyba mnie oszukano.

Poszukałem innych stacji. Nic nie znalazłem i poszliśmy spać. Rano w niedzielę obudził mnie trzask, który dochodził z radio, bo zapomniałem go wyłączyć. I nagle ten trzask przeistoczył się w orędzie Jaruzelskiego.

Ja struchlałem, zgłupiałem. Żona też. Telefonu nie mieliśmy. Nie mieliśmy żadnego kontaktu z nikim. Nie wiedzieliśmy co się stało.

Jak już mówiłem – miałem wolną rękę do wykorzystania samochodu na rzecz „Solidarności”, który stał nie na bazie, tylko u mnie pod domem. To był „Żuk” o numerze rejestracyjnym WA 2632.

Zapamiętałem ten numer dlatego, że 13 grudnia 2018 zostałem odznaczony przez prezydenta RP Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Wieczorem tego dnia w telewizji pokazywana była uroczystość oraz migawki dokumentalne stolicy z okresu stanu wojennego. I nagle patrzę, jak mój Żuk przelatuje między czołgami na placu Zbawiciela w kierunku ul. Polnej.

Ale wracając do 13 grudnia 1980 roku. Rano z żoną pojechaliśmy na Politechnikę. Tam już było mnóstwo ludzi. Trwało spotkanie Komisji NSZZ „Solidarność” Politechniki Warszawskiej, której byłem członkiem. Kilka osób z komisji już aresztowano m. in. Andrzeja Urbanika i Zofię Florianczyk.

Spotkaliśmy się w Małej Auli Politechniki. Każdy zadawał sobie pytanie: co teraz będzie? Padały różne propozycje. Jedni opowiadali się za strajkiem, inni byli przeciwko. Nie było żadnej opcji dominującej.

Za oknami widzieliśmy, jak ZOMO obstawia budynek uczelni.

Nagle do mnie podszedł nieznany mi człowiek i powiedział: – Podobno masz samochód dostawczy? Czy się boisz?

Odpowiedziałem: Tylko idiota się nie boi. A co trzeba zrobić?

Nieznajomy opowiedział, że o szóstej rano ZOMO napadło na siedzibę Regionu Mazowsze przy ul. Mokotowskiej. Zabrali część rzeczy, aresztowali ludzi. Wystawili kordon zomowców na ulice. Stoją w odległości metra jeden od drugiego, ale są odwróceni tyłem do budynku. Tymczasem w siedzibie została jeszcze cześć rzeczy, która się nadaje do eksploatacji: kserokopiarki, kserografy, maszyny do pisania, papier.

Powiedział: – Jeżeli się nie boisz, to podjechalibyśmy od tyłu do budynku Regionu, tam są drzwi na podwórze. Ludzie już znoszą rzeczy na dół. Podjedziesz, zapakujemy samochód i odjedziesz.

Odparłem: – Dobra.

Poszedłem do kolegi śp. Zbigniewa Redlicha. Opisałem sprawę i poprosiłem, aby brama na Politechnikę od ul. Noakowskiego była zabezpieczona przez naszych ludzi. Nie wiedziałem, w jakich okolicznościach będę wracał. Poprosiłem więc kolegów, żeby otworzyli bramę od razu jak zobaczą brązowego żuka.

Nieznajomy wsiadł ze mną do samochodu i pojechaliśmy. Do tej pory nie wiem, kim był ten człowiek. Prawdopodobnie z Huty Warszawa, ale nie udało się go zidentyfikować. Nie zapytał go kim jest, bo emocje w tym dniu były szaleńcze.

Z Placu Zbawiciela skręciliśmy w ulicę Wyzwolenia. Nieznajomy rozkazał mi stać i czekać na jego znak. Stałem około godziny. Nie mogłem wyłączyć silnika. Było minus 17 stopni. Bałem się, że jeżeli wyłączę silnik, on znów nie odpali.

W pewnym momencie zobaczyłem małego fiata, który brawurowo skręcił z Placu Zbawiciela w ulicę Wyzwolenia. Z obydwu okien i pasażer i kierowca wyrzucili ulotki.

A po drugiej stronie ulicy stał biały fiat z niego wybiegli ludzie i zaczęli zbierać ulotki. Jeden podszedł do mnie i chciał mi je dać. Odmówiłem, bo wyczułem, że to mogą być funkcjonariusze.

Po jakimś czasie kolega pokazał się i szybko podjechałem na dziedziniec Regionu ze strony podwórka. No i zaczęła się akcja. Otworzyłem tył samochodu i boczne drzwi, a „mróweczki” latały i wrzucały a to kserograf, a to ryzy papieru. Zapełniły samochód aż po dach.

Odjechałem. W momencie kiedy wjeżdżałem na Płac Zbawiciela – ruszyły czołgi. Hurgot był okropny. Jak wjechałem na plac zauważyłem, że fiat, który stał po przeciwnej stronie ulicy, ruszył za mną.

Pomyślałem z przerażeniem: no to, Tadziu, Wesołych Świąt!

Ale już nie miałem wyboru. Jedyna szansa na uratowanie była taka, że dam radę wjechać na Politechnikę. Wjechałem w ulicę Polną, później we Lwowską. Te wszystkie uliczki były wąskie i prześladujący mnie Fiat nie miał szans mnie wyprzedzić.

Do tego jechałem środkiem jezdni, bo ulice były puste. Umyślnie nie używałem żadnych kierunkowskazów. Jak już zakręciłem w ulicę Koszykową, zobaczyłem, że koledzy są już przy bramie. Rozpędziłem Żuka, jak tylko mogłem. W ostatniej chwili nacisnąłem hamulec i skręciłem w lewo w bramę Politechniki.

Funkcjonariusze byli tuż za mną i ratując się od wypadku – przecież zakręciłem przed samym ich nosem – musieli wjechać na teren stacji benzynowej, która znajdowała się na przeciwko bramy Politechniki. To zajęło im czas, aby wznowić pościg, ale ja już byłem za bramą.

Kiedy prześladowcy dobiegli do bramy i zaczęli krzyczeć, aby im otworzono, moi koledzy pokazali im „gest Kozakiewicza”.

Wjechałem na dziedziniec budynku głównego. Zatrzymałem się przed wejściem. Oddałem klucze. Misja została wykonana.

Ten sprzęt później służył związkowcom z Politechniki Warszawskiej przez cały stan wojenny. Wszystkie wydawnictwa, które w tym okresie powstały, były robione na wywiezionym przeze mnie sprzęcie i papierze.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz