
O solidarności, mądrej miłości, odpowiedzialności, życiu i wychowywaniu Dzieci – wywiad z Katarzyną Klimiuk Bibik.
Jak Pani się podnosi, odreagowuje trudności?
Katarzyna Klimiuk – Bibik: Zazwyczaj wystarczy wieczorna rozmowa z przyjaciółką. W sytuacjach trudnych korzystam z superwizji oraz pomocy psychologicznej. Mam od lat stałe przyjaciółki, są to nie tylko matki biologiczne i zastępcze ale też osoby które nie mają nic wspólnego z dziećmi. Coraz bardziej sobie cenie takie towarzystwo bo to jest dla mnie odskocznia od tematu dzieci. Wiele osób moją rolę identyfikuje tylko z byciem matką, a ja im jestem starsza, tym bardziej się z tym nie zgadzam. Nie mogę być szczęśliwa jeśli ktoś rysuje mi aureolę nad głową i pozbawia przywileju bycia koleżanką, siostrą, pracownikiem czy zwyczajnie kobietą., Mam różne role w swoim życiu i bardzo je sobie cenię, nie chcę z żadnej rezygnować. Oczywiście na przestrzeni lat obserwuję, że osoby prowadzące pieczę zastępczą, tak jak ja, są w stanie lepiej mnie zrozumieć. Dlatego ta przyjaźń ma dużo większe szanse przetrwać bo nie jest dla nas obciążająca.
Jak wygląda Wasz zwykły dzień? Z czego może wynikać niezrozumienie osób niemających styczności z pieczą zastępczą?
KKB: Wstajemy rano i wszyscy mamy do zrobienia swoje obowiązki. Nasz dom to nie tylko dzieci ale też koń, kuc, pięć psów, koty, kury, owieczki i dwie małpki. Zwierzęta pełnią rolę terapeutyczną ale są też dla nas członkami rodziny więc zanim zajmiemy się sobą trzeba dać im wszystkim jeść. Po śniadaniu zazwyczaj wsiadam z dziećmi do samochodu, bo prawie każdego dnia mamy rozpisany grafik z terminami. Wizyty u specjalistów, terapie czy zajęcia dodatkowe. Często zanim się obejrzę, jest już późne popołudnie. W drodze powrotnej robimy szybkie w zakupy (w dużej rodzinie zawsze coś się kończy i trzeba dokupić) dzieciaki jedzą przekąski w aucie. W domu na szczęście czeka już ciepły obiad który przygotowała Babcia. Bez jej pomocy logistyka na dziś byłaby niemożliwa. Później trzeba usiąść jeszcze do lekcji i jeśli się uda jest czas na gry planszowe lub zabawy w bawialni. Niestety jesienią i zimą czasu jest mniej i często zbyt szybko przychodzi koniec dnia. Kiedy dzieci idą spać, ja jeszcze sprzątam, nastawiam pranie albo wykorzystuję ten czas na rozmowę z kimś bliskim .
Niestety wciąż się zdarza że ludzie postrzegają rodziny zastępcze jako osoby które siedzą w domu i właściwie to nic nie muszą robić bo dzieci się same sobą zajmą. Niestety tak nie jest. Nie mam pojęcia z czego to wynika, być może z braku wiedzy ale możliwe też że są to stereotypy. Dzisiaj rodziny wielodzietne to mnóstwo bardzo dobrze funkcjonujących ludzi, dzieci są zaopiekowane, zadbane i poświęca im się czas, to nie są już czasu kiedy starsze rodzeństwo wychowuje młodsze. Rodziny zastępcze właśnie po to przekształcają się w rodziny zawodowe aby mogły profesjonalnie wywiązywać się ze swojego zadania. Podnoszą kwalifikację, szkolą się w różnym zakresie i tak naprawdę są specjalistami od swoich dzieci. Dzieci często chorych, z zaburzeniami i obciążeniami. Dzieci którym często nie dawano szans na samodzielne funkcjonowanie a dzisiaj rozwijają się dobrze dzięki determinacji i ciężkiej pracy rodzica zastępczego.
Skąd czerpała Pani wzorce jak prowadzić dom, gdzie mieszka tyle dzieci?
KKB: Pochodzę z rodziny wielodzietnej, może dlatego jest mi łatwiej prowadzić swoją rodzinę i może dlatego miałam swoją własną koncepcję. Z całą pewnością bardzo dużo wzorców wyniosłam z domu i to moja mama jest osobą której zawdzięczam mnóstwo niezbędnych umiejętności. Mama była skromną, oszczędną i ciepłą kobietą. Potrafiła tak zarządzać budżetem żebym ja i moje rodzeństwo nie odczuwała braków finansowych. Zawsze byliśmy pięknie ubrani, czyści i nakarmieni. Rodzice spędzali z nami czas, dawali wsparcie i pozwalali na dużą samodzielność. Dzięki temu że nie czułam żadnych braków w swoim domu miałam pewnie zasoby żeby dzielić się tym co sama dostawałam. Już w wieku 8 lat poszłam do państwowego domu dziecka i rozpoczęłam tam wolontariat. Z czasem potrafiłam wyciągnąć wiele wniosków i bardzo rozsądnie ocenić sytuację wychowanków. Zaufanie którym dzieci mnie obdarzyły i lata doświadczeń które zdobywałam towarzysząc im, dały mi jasno określony cel. Wiedziałam że dzieci potrzebują domu, kochającego, bezpiecznego rodzica, stabilizacji i określonych zasad.
Wiedziałam też że one nie dostały we wczesnym okresie tego co ja od swoich rodziców i moim podstawowym zadaniem będzie zwrócić im dzieciństwo. Dlatego bardzo pilnowałam ról w naszym domu – starsze dzieci nigdy nie były obarczone odpowiedzialnością i opieką nad młodszymi.
Wbrew pozorom w moim domu rodzinnym taka sytuacja też nie miała miejsca. Pamiętam że kiedy miałam 6 lat wyciągałam brata z łóżeczka tylko kiedy mama szła do toalety bo nie pozwalała mi na to. Całowałam jego paluszki, tuliłam i miałam ogromną potrzebę odtwarzania tego co obserwowałam w zachowaniu mojej mamy – czułą opiekę. Kiedy na świat przyszedł mój drugi brat miałam już 12 lat i byłam codziennym bywalcem domu dziecka. Moja mama pomimo świadomości że zajmuję się tam maluchami pełnoetatowo robiąc to wszystko co dorośli znowu zabraniała mi opieki nad noworodkiem. Był to dla mnie wręcz traumatyczny czas bo tak bardzo mnie ciągnęło do dzieci że nie mogłam sobie poradzić z takim zakazem. Na szczęście kiedy brat miał kilka tygodni Tata wykazał się większym zaufaniem i mogłam realizować potrzeby starszej siostry.
To zabawne bo zazwyczaj rodzeństwo ma odwrotnie, nie chce się bawić czy chodzić gdzieś ze swoim rodzeństwem
KKB: Tak, wiem, moje starsze rodzeństwo, musiało się mną zajmować kiedy na świat przyszedł brat. Mama kazała im zabierać mnie na plac zabaw czy na spotkania z ich przyjaciółmi do dzisiaj wspominają to jako niesprawiedliwość., Brat opowiada że musiał brać mnie na mecze koszykówki, ja płakałam, robiłam sceny i wymuszałam wrzaskiem inne zajęcia. Nie wspominają tych wyjść pozytywnie. Dla mnie to zabawne, ale rozumiem, że nie każdy to czuje i dzieci raczej chcą być dziećmi w inny sposób. Ja zawsze miałam zupełnie inną wrażliwość, potrzeby i pewnie też poczucie odpowiedzialności. Miałam czas zarówno na klocki LEGO jak i pilnowanie dzieci sąsiadów. Nigdy nie postrzegałam tego jako obowiązek bo czerpałam radość z obserwacji małych dzieci i ich rozwoju. Wręcz fascynował mnie rozwój maluszków, uwielbiałam ich autentyczność i radość.
To kiedy podjęła Pani decyzję o byciu rodzicem zastępczym?
KKB: Dzisiaj już nie postrzegam siebie jako rodzica zastępczego, postrzegam siebie jako mamę – po prostu. Rodzicielstwo zastępcze to proces, na każdym jego etapie jesteśmy w innym miejscu, weryfikujemy siebie samych ale przede wszystkim potrzeby dzieci. Dzisiaj jestem już na takim etapie w którym pięcioro dzieci to osoby dorosłe, ich wspomnienia, uwagi, rozmowy ze mną sprawiły że idę pewnym krokiem i wiem że robię to dobrze. Moje dzieci potrzebują matki która potrafi odpowiadać na ich potrzeby a nie na potrzeby systemu. Czasami płacę za to ogromną cenę, ale jeśli jest to cena ich bezpieczeństwa i szczęścia to wciąż mam na to gotowość.
Kiedy zamieszkały że mną pierwsze dzieci nie mieliśmy w planach kolejnych. Ze względu na to, że to były dzieciaki z bardzo dużymi zaburzeniami, problemami zdrowotnymi i emocjonalnymi miałam takie poczucie, że to jest niemożliwe przyjąć kolejne dzieci. Nie da się przecież wydłużyć doby i poświęcić im już więcej czasu a musiałam też pracować zawodowo poza domem żeby wystarczyło nam na rachunki i terapię. Bóg zdecydował inaczej. Otrzymaliśmy kolejny telefon o dziecku, które już trzykrotnie było odbierane rodzicom i tym razem samo prosiło o pomocy co i znalezienie mu rodziny. Po rozmowie z naszymi dziećmi nie mieliśmy wątpliwości, że ono nas potrzebuje … później okazało się że dajemy radę a dzieci na tym nie straciły…i tak to się potoczyło.
Czy Pani dzieci traktują się jak rodzeństwo?
KKB: Tak, i szczerze mówiąc uważam, że to jest mój największy sukces, bo to duża rola rodzica, jeśli chodzi o relacje między rodzeństwem. U nas od samego początku było tak, że tłumaczyliśmy dzieciom specyfikę naszej rodziny ale też potrzeby dzieci które do niej dochodzą. Pamiętam jak przyjmowaliśmy pierwszą córkę. Przyszła do nas jak miała 11 lat, nie rokowała dobrze była już po trzech placówkach i to miała być dla niej czwarta zmiana. W jej przypadku było tak, że sytuacja była jasna. Szansy na adopcję nie ma, na powrót do rodziców i reintegrację też nie. Przyjmując ją wiedzieliśmy więc że to jest nasze dziecko, decydujemy się na to że Kasia z nami zostaje na stałe. Usiadłam ze swoim mężem i dziećmi i powiedziałam im tyle ile wiedziałam na temat dziewczynki, zapytałam co oni czują no i ich reakcja była dla nas dużym zaskoczeniem, Mieliśmy wcześniej przekonanie że jesteśmy potrzebni dzieciom na wyłączność, że dzieci wręcz nas osaczają swoją obecnością, a one z ogromną radością powiedziały, że chcą mieć siostrę, że strasznie się cieszą i od razu zaczęli się przygotowywać na jej przyjazd. Dzielić ubrania, pokoje, zabawki. Kiedy córka przyjechała z kuratorem do domu – dzieci ją przywitały banerem „Witaj w domu”, wszystkie dały laurki, powiedziały, że jest ich siostrą, że ją witają, napisały jej listy, co deklarują od siebie, na co może liczyć i to nie było w ogóle przez nas dyktowane. Muszę przyznać że żadne dziecko nie zostało przyjęte źle przez pozostałe.
Czy była taka sytuacja, kiedy nie wiedzieliście czy dziecko z Wami zostanie? Jak rozmawialiście, żeby wytłumaczyć dzieciom, że ich brat lub siostra niedługo mogą od Was odejść?
KKB: Tydzień po Kasi było przyjmowane kolejne dziecko i faktycznie mieliśmy sytuację niepewną. Wtedy inaczej się przygotowuje dzieci bo ja nie mogę powiedzieć, że to ich brat na zawsze, ale też nie używam określeń „dziecko w pieczy” albo „dziecko na chwilę”. Wtedy też usiadłam i powiedziałam moim dzieciom, że jest dziecko, któremu trzeba pomóc, dać mu dom i rodzinę i tutaj musi to mieć, niezależnie od tego czy będzie mówił do nich „brat”, „siostra” czy potraktuje ich jak kolegów. Chodzi o to, żeby stworzyć takie warunki, żeby dzieciaki go nie traktowały jak gościa na „5 minut”, tylko żeby od początku wiedziały, że dopóki tu jest, jest na prawach członka rodziny, a to jak będzie się do nas zwracał, zależy od tego dziecka. O tym trzeba z dziećmi rozmawiać, są różne sytuacje czasami dziecko jest zabezpieczone na chwilę i wtedy jeżeli ma się tą świadomość, trzeba wiedzieć w jaki sposób przygotować dziecko na drugi etap, że ono od nas odejdzie i przejdzie dalej. Mając taką świadomość robimy plan przejścia żeby wszyscy byli przygotowani i ponieśli możliwie jak najmniejsze straty emocjonalne.
Dziecko może się nie zgodzić na takie przejście?
KKB: To jest bardzo trudne pytanie. Nie zawsze dziecko pytane jest o zgodę. Za małe dzieci, niezależnie od tego jak długo są w rodzinie zastępczej i czy mają tego świadomość, decyzję podejmuje zazwyczaj urząd lub opiekun prawny, dzieci starsze powyżej 13 lat mogą nie wyrazić zgody. Piszą wówczas oświadczenie że nie chcą iść do adopcji i proszą o pozostawienie ich w rodzinie zastępczej. Jeśli chodzi o powrót do rodziny biologicznej, nikt ich o zdanie nie pyta. Są traktowane jak własność rodzica i liczy się to czego chce on a nie dziecko. Nasz system nie zadbał o bezpieczeństwo i dobro dzieci tak jak powinien – uwzględniając ich sytuację indywidualnie. Zupełnie co innego jest w ustawie o pieczy zastępczej, a zupełnie inaczej to wygląda w rzeczywistości. To czym sugeruje się sąd czy urzędnik czyli tymczasowość pieczy zastępczej w rzeczywistości nie istnieje. Dane od lat mówią nam że średni okres regulowania sytuacji prawnej dziecka w pieczy to trzy lata, niestety mając takie statystyki nadal powtarzane są mity o udanych reintegracjach czy szybkich adopcjach niemowlaków. Dlatego jeżeli ktoś z nas bardzo się trzyma ustawy i oczekiwań systemowych to niestety muszę powiedzieć głośno i wyraźnie, że często krzywdzi dzieci. My – rodzice zastępczy, również. Robimy to nieświadomie, bo dopiero weszliśmy do systemu, ktoś powiedział na szkoleniach, że jesteśmy na chwilę, że dzieci wrócą do rodziny biologicznej bo ona się „szczęśliwie naprawi” i wszystko będzie dobrze, ale tak niestety nie jest co pokazuje nam czas i zdobyte doświadczenie na przestrzeni lat.
Do rodziny biologicznych wraca tylko 3% dzieci z czego 2% znowu jest odbieranych bo zmiany były pozorowane przez rodziców lub ich pełnomocników, co ciekawe dzieci pełnomocników w sądzie nie mają. Historia chłopca, który przyszedł do nas tydzień po Kasi, pokazuje prawdziwy dramat dzieci które są zdane na niewiedzę dorosłych.
Dowiedziałam się, że mama chłopca ma chwilowe problemy i od kilku miesięcy zostawia dziecko u różnych osób w związku z czym trzeba je zabezpieczyć. Rokowania były takie, że kurator pomoże matce i dziecko lada moment ma wrócić pod jej opiekę. Jeżeli miałam taką informację, to uważałam, że moim zadaniem jest zrobić wszystko co mogę żeby podtrzymać relacje mamy z dzieckiem. Podałam jej adres, zaprosiłam do domu, prosiłam żeby codziennie dzwoniła do dziecka, mówiła „dzień dobry”, „dobranoc”. Przecież nie może być tak, że dziecko na 2 tygodnie traci kontakt z matką, później do niej wraca i ma żal, że zostało porzucone. Nie miałam wówczas doświadczenia, starałam się, motywowałam rodziców do kontaktu, ale reakcje i zachowania tego chłopca pokazywały że on tego nie chce. Dziecko kręciło głową, nie chciało rozmawiać z mamą, ale ja przecież byłam nauczona na szkoleniach, że tak trzeba, to jest mój obowiązek dopilnować żeby dziecko miało dobrą relację żeby była reintegracja rodziny. Prosiłam go więc o te rozmowy. Kiedy sytuacja się nie zmieniała i chłopiec podczas spotkań z metką krzyczał że się zabije jeśli jej go oddam pojawiła się czerwona lampka, że coś jest nie tak. Dziecko, które nie ma bardzo złych doświadczeń z rodzicem nie reaguje w ten sposób, chce rozmawiać, płacze, tęskni, pyta się kiedy mama przyjedzie, a on mi mówił w obecności matki że się boi, nie wróci do niej i chce zostać z nami. Dzwoniłam do sądu, kuratorów, mówiłam o swoich wątpliwościach ale kuratorzy twierdzili, że wszystko jest w porządku i dziecko niedługo wróci do matki. Po miesiącu chłopiec zapytał czy może mówić do mnie „mamo”, uważałam że nie mogę na to pozwolić, wiedząc, że lada moment ma wrócić do swojej biologicznej mamy.
Sytuacja była okropna, ja miałam w głowie to, co mi powiedział kurator, to co usłyszałam na szkoleniu, a po drugiej stronie stało małe, skrzywdzone dziecko, które dokładnie wiedziało że jego sytuacja się nie zmieni, że był dotkliwie krzywdzony, ale wszyscy dorośli są mądrzejsi od niego i tłumaczą, że ma kochać mamę, tęsknić za nią i dziwią się dlaczego on za nią nie płacze. To, co się dzieje w systemie jest naprawdę niewyobrażalnym, zakłamaniem rzeczywistości i w takich sytuacjach wtórną traumatyzacją dzieci.
Dziecko, o którym opowiadam ma dziś 19 lat nigdy do mamy nie wróciło, ona nigdy nie zrobiła nic żeby tak się stało, a ja niestety zbyt późno zrozumiałam że matki można mieć dwie a nawet pięć…gorzej jeśli dorośli odmawiają nam prawa do żadnej. Sąd czekał kilka lat na to żeby mama się określiła, pozbawienie praw było tak późno że chłopiec stracił szansę na adopcję. Mama miała zasądzone alimenty na 100 zł.
Latami miałam ogromny żal do pracowników sądu bo jeżeli kurator widzi, że było zabranych kilkoro dzieci wcześniej, zna powod a mimo to mówi rodzinie zastępczej, że dziecko wróci do matki i nie występuje o pozbawienie praw to po co to robi dziecku? Po co w ogóle go narażać, próbować reintegracji i powrotu tylko dla statystyki, żeby potem dziecko było jeszcze bardziej straumatyzowane, i później takie skrzywdzone dziecko dać rodzinie, która prawdopodobnie nie da sobie z nim rady. Rozmawiamy o dzieciach z poważnymi problemami zaburzeń przywiązania i osobowości którym można było zapobiec gdyby system zapewnił im ochronę. Prawo rodzinne zapewnia ochronę rodzicom biologicznym, dzieciom nie.
Ile czasu trwała walka z systemem, żeby chłopiec mógł do Pani trafić na stałe?
KKB: System tak naprawdę wtórnie go straumatyzował. Sygnalizowałam, że on ma potrzeby, na które możemy odpowiedzieć, mówiono nam, że zajmiemy się tym później, przez półtora roku nam przedłużali tą sytuację, gdzie wiedzieliśmy, że on do domu już nie wróci. Po półtora roku bardzo nerwowo się upominałam o to, że nie może dłużej tak dłużej być i konieczna jest decyzja o adopcji albo jasne stwierdzenie, że zostaje u nas. Po półtora roku zaczęłam wiedziałam już że mam chronić interesu chłopca a nie sądu ale tak naprawdę to dopiero po kilku latach dostaliśmy jasną odpowiedź, że dziecko u nas zostanie bo jest za duże na adopcję. W takim stresie i zawieszeniu żył ponad trzy lata, nigdy nie zafunkcjonował tak jak dzieci które dostały od razu komunikat że jestem dla nich i to ich dobra i potrzeb zamierzam bronić. To one mają czuć się bezpiecznie, odzyskać głos i mieć dom tak długo jak potrzebują. Kolejne dzieci dostawały zgodę zawracania się do mnie „mama” tak szybko jak tylko mogłam na to odpowiedzieć, słuchałam już własnej intuicji i psychologów a nie urzędników, bardzo żałuję że nie miałam wtedy tyle wiedzy i doświadczeń ile mam dziś, ale kochać na szczęście potrafiłam zawsze tak samo i bezwarunkowo.
Czy dobro dziecka nie powinno być ponad prawem?
KKB: Oczywiście, że powinno być! Dzisiaj jestem już 16 lat w systemie i dokładnie wiem, że prawo prawem ale dobro dziecka ma być ponad nim. W tej chwili jestem jedną z osób, które w sądzie głośno o tym mówią. Rozumiem prawo i procedury ale tak naprawdę najważniejsze musi być dobro dziecka. Trudno to respektować szczególnie urzędnikom, ale to ja jestem z dzieckiem na co dzień, w dzień i w nocy, to ja jestem kiedy gorączkuje, ma gorszy humor, kiedy trzaska drzwiami, to ja jestem kiedy mówi że mnie nienawidzi i to ja jestem w dzień matki kiedy dziecko przynosi kwiaty czy laurki i mówi, że mnie kocha. Dlatego w sądach i urzędach jestem głosem moich dzieci. Nie pozwalam na łamanie ich praw i odbieranie poczucia bezpieczeństwa.
Już sobie nie daję wmówić, że jestem „zastępczą” mamą – jestem mamą której potrzebują. Moje dzieci mają mieć we mnie swojego adwokata, wsparcie i pomoc a nasz dom ma być ich domem do którego będą wracać tak długo jak potrzebują.
Starsze dzieci są w stanie Pani opowiedzieć o swoich traumatycznych przeżyciach ale jak odczytać maluszki, które nie potrafią mówić?
KKB: Maluszki nie mają w głowie świadomości jak ich sytuacja prawna wygląda, nie czują zagrożenia kiedy toczą się sprawy w sądzie, bo mają nas. My je niestety czujemy bardzo mocno. Jak ktoś ma swoje dziecko i je wychowuje to dokładnie wie, że nawet taki mały człowiek swoim zachowaniem pokazuje swoje odczucia, problemy, dokładnie wiemy kiedy dziecko płacze bo się boi, a kiedy płacze z innych powodów, dokładnie czytamy jego zachowania. Kiedyś ktoś mi powiedział, że skoro dziecko ma półtora roku nie może mi powiedzieć, że się boi, ale przez to, że dzieci nawiązują z nami silną więź jesteśmy dla nich barometrami tak jak rodzic biologiczny. Czuję to dziecko i nie mam wątpliwości z odczytywania tego co chce mi przekazać swoimi gestami, krzykiem, zachowaniem po spotkaniach z rodzicem czy w trakcie tych spotkań. Widzę różnicę jak dziecko reaguje na listonosza, na obcą panią w sklepie a jak zareagowało na matkę biologiczną, kiedy zaczyna się trząść, zawiesza się, dysocjuje, krzyczy albo ucieka, załatwia się pod siebie, moczu i przeraźliwie mnie wzywa. Niestety zbyt często my – rodzice zastępczy nie jesteśmy ważni dla sądu i systemu. Nie można tu mówić i partnerstwie i współpracy na rzecz dobra dzieci.
Czy system chroni w jakiś sposób instytucję „rodzica zastępczego”
KKB: To jest właśnie najtrudniejsze w byciu rodzicem zastępczym, my nie jesteśmy partnerami dla systemu. Nauczyciel jest chroniony, kurator jest chroniony, urzędnik państwowy również – tak jak każda inna osoba, która pracuje w systemie, ale my nie. Rodzic zastępczy powinien mieć takie same prawa i opiekę ponieważ to my pracujemy w systemie na każdym jego szczeblu, musimy znać się na wszystkim. Nikogo nie interesuje, że się nie zmieściłam w terminie bo nie znam prawa i nie wiedziałam, że mam 7 dni na odwołanie, że co pół roku mam napisać sprawozdanie z opieki do sądu, przecież nie jestem prawnikiem, nie muszę się na tym znać. Jestem też stałe narażana na pomówienia i utratę zdrowia. W naszym systemie jesteśmy traktowani jak klienci opieki społecznej ale wymagania względem nas są wyższe niż w jakimkolwiek innym zawodzie. Warto podkreślić że pracujemy na umowę zlecenie i mam najniższą krajową ale znać się muszę niemal na wszystkim. W przeciwnym razie zamkną mi Rodzinny Dom Dziecka, zabiorą dzieci i systemu nie interesuje, że to one zostaną po raz kolejny skrzywdzone. Dlatego odpowiedzialność jest podwójna.
Najgorsze właśnie jest to jak system krzywdzi dzieci, sztywno trzymając się biurokracji. Wiadomo, że nawet jeżeli dziecku dzieje się straszna krzywda to nie jest tak łatwo odebrać je rodzicom biologicznym.
KKB: Dla pokazania tej niesprawiedliwości i nierównowagi, powiem tylko, że w 5 minut odbiera się dziecko z rodziny zastępczej. Dla sądu najważniejsze jest to, żeby dziecko było przy swoim biologicznym rodzicu, nawet jeżeli ten biologiczny rodzic robił mu krzywdę, znęcał się, molestował czy głodził. Inaczej patrzymy na taką samą krzywdę osób dorosłych a inaczej na dzieci. Jakoś umniejszane są te czyny bo przecież to jest rodzic.
Z czego to wynika?
KKB: Wynika to z tego, że nasze prawo rodzinne jest tak skonstruowane, nie mamy ochrony dziecka, mamy ochronę rodziny i wielokrotnie to sędziowie tłumaczą. Nasze prawo nie broni interesu dziecka, broni interesu rodziny, rodzina jest w Polsce święta, nierozerwalna, nie można jej tknąć. Sądy robią wszystko żeby tą rodzinę wybielić i pokazać że sama „magicznie” się naprawi. Prosty przykład, miałam sprawę w sądzie, gdzie ta sama osoba, która katowała psy, znęcała się też nad dziećmi. Ktoś zgłosił znęcanie nad zwierzętami, weszła organizacja pro-zwierzęca, wywiozła psy zajęła się nimi, leczyła, robiła wszystko bez zgody właściciela i oczywiście właściciel miał zakaz zbliżania się do psów. Teraz dla pokazania nierównowagi- moje dzieci z tego samego domu zostały zabrane 2 miesiące później, pomimo, że MOPS wnosił o zabranie ich już od 8 lat. Proszę zobaczyć, pies dostaje pełną ochronę, diagnostykę, leczenie, hotel psi, wszystko co najlepsze i absolutnie nie mówię, że to źle, po prostu chcę pokazać nierównowagę w systemie. Dziecko, które do mnie z tego domu trafia, i któremu chcę zapewnić spokój i bezpieczeństwo, to muszę później tłumaczyć w prokuraturze dlaczego kupiłam dziecku klocki, skoro nie miałam zgody rodzica biologicznego czy dlaczego dziecko pojechało na wycieczkę szkolną albo jakim prawem skorzystałam z pomocy psychologa. Muszę być dostępna na każdy telefon rodzica biologicznego, nikt nie zwraca mi za paliwo, za mój czas. Kiedy wnoszę do sądu o zakaz kontaktów nie mam żadnego zabezpieczenia, mój adres i wszystkie dane są nadal podane rodzinie nawet jeśli toczą się sprawy karne.
Czy była taka sytuacja, że bała się Pani o bezpieczeństwo swoje lub dzieci, że ktoś z zemsty mógłby chcieć zrobić Wam krzywdę, porwać dziecko?
KKB: Porwać nie, ale wielokrotnie na sali sądowej padały groźby karalne pod moim adresem wyzwiska, życzenia śmierci, to jest normalne słownictwo rodzica biologicznego do rodzica zastępczego i taki rodzic pozwala sobie na takie słownictwo nawet na sali sądowej. Sędzia nie karze go karą grzywny, nie każe wyjść, nie przerywa sprawy, sędzia udaje że tego nie słyszy. Gdybym ja w sądzie stanęła i po prostu podniosła głos, powiedziała, że nie zgadzam się na takie traktowanie, byłabym osobą niezrównoważoną, niestabilną emocjonalnie i prawdopodobnie zabrano by mi dzieci. Sprawa jest o tyle trudna, że kiedy ja, rodzic zastępczy widzę, że dziecku dzieje się krzywda, mam obowiązek o tym zawiadomić prokuraturę. Jeżeli przychodzi do mnie nastoletnie dziecko i zaczyna płakać i opowiadać co się działo w domu i błagać o to, żeby nie musiało wracać do rodziców biologicznych, to moim obowiązkiem jest to spisać, iść do prokuratury i pomóc dzieciom. Jeśli nie mam opieki prawnej, nie mogę dzieci wziąć na terapię bo rodzice i sąd tego zabraniają. Robię więc tak, jak uczono mnie na szkoleniu, daje dziecku zeszyt, kredki i długopisy i mówię, że jeżeli to co się wydarzyło jest dla niego za trudne, ale chce mi o tym opowiedzieć tylko nie potrafi albo nie umie tego nazwać, to może narysować, później jeżeli będzie chciało, to możemy razem ten zeszyt pooglądać i może opowiedzieć co tam się wydarzyło, żebym mogła to spisać. Większość dzieci chce rysować, ma bardzo dużą potrzebę opowiedzieć ale się boją. W zamian za to że staram się stanąć na wysokości zadania później w opinii biegłych sądowych czytam, że to ja miałam namawiać dzieci i przekroczyłam kompetencje dając im prawo opowiedzenia o krzywdzie której doświadczyły. Dlatego wielu ludzi nie decyduje się na złożenie zawiadomienia w prokuraturze, wiedzą że zazwyczaj będzie umorzenie. To błędne koło.
Czyli zamiast zabezpieczyć takie rysunki jako dowód w postępowaniu to znowu jedyną winną osobą jest Pani
KKB: Tak, jestem winna, a jeszcze usłyszałam, że wykroczyłam poza swoje kompetencje, ponieważ poszłam do Rzecznika Praw Dziecka, Ministerstwa Sprawiedliwości i mam adwokata, który pracuje pro bono… przecież to są zwykłe prawa człowieka których nas się próbuje pozbawić. System nas – rodziców zastępczych wykluczył całkowicie, traktuje jak największe zło. Ja weszłam do systemu jako matka i adwokat dziecka. Miałam poczucie, że moim zadaniem będzie pomóc dziecku i każdy sąd i instytucja będzie mnie traktować jak równego sobie, że będzie pytać mnie co się dzieje w moim domu, jak dzieci reagują, jakie mają kontakty, czego one chcą, czego potrzebują. To ja jestem bezpośrednio ciągle z tym dzieckiem, ono mi zaczyna ufać, przede mną zaczyna się otwierać, mi zaczyna opowiadać i jakie jest moje zdziwienie, kiedy idę do prokuratury i dostaje pytanie, czy to może to u mnie w domu ktoś to dziecko skrzywdził seksualnie, może zrobił to mój pięcioletni syn…z tym niestety się mierzymy.
Chcę zapytać o państwa Romaszewskich, z którymi się Pani kontaktowała, a którzy słynęli z bycia adwokatami najsłabszych, tych, którzy sami nie mogą się bronić. Czy oni byli inspiracją dla Pani działalności?
KKB: Trudno mówić o inspiracji jak się kogoś nie zna a wtedy, kiedy ja poznałam państwa Romaszewskich absolutnie nic o nich nie słyszałam. To było tak, że dostałam od kogoś ze swoich przyjaciół numer telefonu do pani Zofii, ktoś powiedział, że to jest bardzo dobra osoba i być może, w jakiś sposób mi pomoże. Miałam wtedy 18 lat i to był początek mojej walki o pierwsze dzieci. Te dzieci były w państwowym domu dziecka, więc droga nastolatki do tego, żeby zabrać trójkę bardzo trudnych dzieci była pełna przeszkód. To, co było dla mnie bardzo trudne, to to, że im dłużej dzieci były w placówce, tym bardziej ja widziałam co złego się z tymi dziećmi dzieje, jak bardzo tracą, jak każdy dzień je wyniszcza, jak bardzo one sobie nie radzą z sytuacją i idą w demoralizację. Żeby zarobić na ich utrzymanie i wynajem domu opuściłam swoje miasto rodzinne – Szczecinek, więc już nie mogłam przebywać z dziećmi na co dzień i ta rozłąka bardzo negatywnie na nie wpływała, a w sądzie nie układało się tak jak się powinno układać. Kiedy trafiłam do pani Zofii i pana Zbigniewa, dostałam tak naprawdę pierwsze realne, faktyczne i rzeczywiste wsparcie. To była ogromna pomoc, ponieważ przydzielono mi pełnomocnika, dostałam od nich prawniczkę, która jeździła ze mną na wszystkie sprawy. Faktycznie w całej drodze walki o dzieciaki, o to żeby stać się dla nich rodziną i żeby mogły zamieszkać w domu, towarzyszyli mi państwo Romaszewscy i wtedy już inspiracją zapewne byli. Obcy ludzie stali się dla mnie jednymi z najbliższych, ktoś kto w tak dużym stopniu pomaga też nam musi zaufać, jeżeli za mnie ręczyli to znaczy, że mi zaufali i jestem za to ogromnie wdzięczna. Ufali, że to co robię jest dobre i to, o co walczymy faktycznie powinno się wydarzyć. Obcy ludzie stali się jednymi z najbliższych, szczególnie pani Zosia, która odwiedzała nasz dom, kiedy dzieci już do niego przyjechały, przyjeżdżała na herbatę, rozmawiałyśmy o troskach dnia codziennego, o tym jak to życie wygląda, jak system nie działa, a jak powinien działać. Kiedy myślę o Romaszewskich, przypominają mi się czasy walki o pierwsze dzieci. To są moi bohaterowie, którzy wtedy podali tej nastolatce rękę, zaufali jej i przeszli ze mną tą bardzo ciężką drogę będąc podporą i ogromnym wsparciem.
Czy można powiedzieć, że zajmuje się Pani dziećmi zawodowo?
KKB: Z pewnością należy tak powiedzieć. Jednak nigdy nie chciałam tego robić zawodowo, nazywanie rodziców zastępczych i rodzin zastępczych zawodem zawsze wydawało mi się urzędnicze, zimne i placówkowe. Ja po prostu nienawidzę nazwy „rodzinny dom dziecka” i mam nadzieję, że w końcu zostanie zmieniona. Ministerstwo obiecało że będzie zmiana i będziemy rodzinami wielodzietnymi. To tylko nazwa a jednak jak tylko w tym roku była możliwość się na ten temat wypowiedzieć w Sejmie, to było moje pierwsze życzenie. Nie chcę, żeby moje dzieci musiały mówić że wychowały się w domu dziecka. Ja też nigdy nie widziałam siebie jako dyrektorkę, wychowawczynię czy kogokolwiek innego. Jestem rodzicem zastępczym więc tworzę dzieciom dom i rodzinę jak sama nazwa wskazuje.
Rodzic zastępczy zawodowy to profesjonalizacja i należy tych rodziców tak traktować-to eksperci od wychowywania dzieci które nawiązały z nimi relację.
Od kiedy w takim razie myślała Pani o tym, że będzie Pani pomagać dzieciom, budować im normalny, zdrowe życie?
KKB: Wchodząc do systemu, na początku nie chciałam być rodziną zawodową i nawet nie rozważałam tego, myślałam o adopcji. Nie mogę powiedzieć od kiedy, dlatego że po prostu nie pamiętam okresu w swoim życiu kiedy inaczej myślałam. Od maleńkości wiedziałam, co chcę robić, owszem były różne etapy bo najpierw kiedy byłam małym dzieckiem to oglądałam programy o misjonarzach i mówiłam mamie, że ja też wyjadę na misje, byłam wtedy naprawdę bardzo malutka jeszcze nawet nie w wieku szkolnym, więc to były takie fantazje dziecięce. Później w szkole podstawowej pojawił się pierwszy autorytet to była siostra Małgorzata Chmielewska, zaczęłam wyjeżdżać na wykłady z siostrą Małgorzatą, zaczęłam jej słuchać, było to dla mnie bardzo ważne, co i w jaki sposób mówiła o pomaganiu. Budowałam już wtedy swoją osobę ale i kierunek w tym jak bym chciała mądrze pomagać dzieciom. Pochłaniałam książki psychologiczne, wiedziałam, że pomoc nie może być instytucjonalna, że chcę tym dzieciom dać to czego potrzebują -bezpieczeństwo i stabilizację. Kiedy byłam wolontariuszką w domu dziecka, a zaczęłam bardzo wcześnie, bo w wieku 8 lat, każdy dzień, który tam spędziłam przybliżał mnie cały czas do jednej myśli, że cokolwiek materialnego bym dała dzieciom w placówce to tak naprawdę jest to na nic w porównaniu z potrzebami emocjonalnymi które są niezaspokojone i nie mają na to szansy w instytucji. Co z tego, że mogłam im kupić pizzę, ale ta pizza jedzona w placówce nic dla nich nie znaczy. Jest fajnie, jest dobra ale nie w tym rzecz. Wtedy jako nastolatka zaczęłam wyprowadzać dzieci z domu dziecka, organizowałam Mikołajki ale nie w placówce, dzieci musiały na to przyjęcie dojechać. Wtedy zaczęłam widzieć takie różnice, które z boku mało kto widzi nawet w wieku dorosłym a ja jako nastolatka zobaczyłam, że to nie może być tak, że dzieci mają cztery ściany i placówkę i to jest całe ich życie, one tak naprawdę nie znają świata na zewnątrz, one nigdy nie zjedzą pizzy w pizzerii z rodziną. Nie potrafią funkcjonować bo właściwie nie muszą, są kucharki, sprzątaczki, wychowawcy na zmianach. Nie ma zbyt wiele przestrzeni na potrzeby, indywidualizm czy marzenia …
Zaczęłam oszczędzać pieniądze żeby je zabierać po 5 czy 10 osób do restauracji, gdzie oczywiście robiły straszne zamieszanie, wstydziłam się za nich bardzo bo nie umiały się zachować ani w takim miejscu, ani przy stole. Byłam nastolatką, niewiele starszą od nich ale ciągle ich uczyłam nowych rzeczy i byłam z nich dumna. Widziałam ten proces który pojawia się jak magia kiedy wychodzą za mury placówki. Później 30 dzieci zabrałam na Mazury na tydzień, do dzisiaj mamy albumy ze zdjęciami i filmy z tego okresu. Pomogli mi przyjaciele, zrobiliśmy zrzutkę, znaleźliśmy sponsorów, ja byłam wychowawcą, kierowniczką kolonii była moja przyjaciółka i we dwie zabrałyśmy 30 najtrudniejszych dzieci, z którymi były największe problemy i pojechałyśmy na Mazury.
To były najpiękniejsze wakacje?
KKB: Tak, to były najpiękniejsze wakacje dzieci. Pamiętam, że po przejściach z dyrekcją placówki, w ostatniej chwili Pani Dyrektor zmieniła listę uczestników i zamiast maluchów od 5 do 12 lat, miały ze mną jechać nastolatki, których zupełnie nie znałam, dzieci które przebywały na co dzień w MOW i MOS. Pierwsze co pomyślałam to to, że nie damy rady, jak wchodziliśmy do pociągu widziałam tą bardzo trudną młodzież i miałam łzy w oczach z przerażenia. W pociągu byłyśmy same z przyjaciółką i z tą dużą liczbą dzieciaków. Już po pierwszym kwadransie jazdy okazało się, że jeden chłopiec ma cały plecak alkoholu. Dzisiaj jak to wszystko wspominam to nie mam pojęcia jak nam się udało. Byliśmy jednym z wielu obozów, które zatrzymały się w tym ośrodku na Mazurach i na podsumowaniu usłyszeliśmy, że to był jedyny obóz, na którym nikt nie był pijany i na, którym nie było ani jednej ucieczki nocnej. To był piękny proces, który dzieciaki przeszły na tym wyjeździe, piękne doświadczenie. Od samego początku bardzo szczerze i otwarcie z nimi rozmawiałam i nie było żadnych konfliktów bo oni się dostosowali kiedy zrozumiały że jestem tam dla nich i zdobyłam fundusze sama. To, co było niesamowite to fakt, że kiedy jechali na obóz to byli oburzeni, jechali prawie za karę i uważali, niewiele od nich starsza dziewczyna nie będzie im rozkazywać, mówić że mają oddać alkohol, wydawało się, że nie będą się zupełnie przejmować tym co mówię. W drodze powrotnej do domu dziecka w pociągu prawie co każdy nastolatek mówił mi, że brzuch go boli i, że nie chce wracać. To pokazuje czego dzieci potrzebują. Dopiero wyjście spoza mury placówki, pokazanie im atmosfery rodziny, danie im prawa członka rodziny, zaufania, oddaje dzieciom głos i dopiero wtedy dzieją się niesamowite rzeczy.
Czy dyrekcja placówek docenia pracę i starania takich osób jak Pani?
KKB: Za każdą placówkę odpowiadają inne osoby i na pewno co innego nimi kieruje, to są inne osobowości inne priorytety. W domach dziecka mogą być najcudowniejsze osoby, i wychowawcy ale nikt, nawet najlepsza pani Krysia nie zastąpi dziecku rodziny. Ja niestety nie mam dobrych obserwacji i doświadczeń z mojego wieloletniego wolontariatu. Nie chodzi o to czy wychowawczyni będzie uśmiechnięta i miła ale i fakt, że pod jej opieką jest naście dzieci i stałe rotacje. Zmiana zasad na każdym dyżurze, dziecko nie ma stabilizacji, nie ma jednego opiekuna. Jeżeli biologiczne dziecko ulubionej cioci zachoruje, to ciocia nie przyjdzie do pracy, tylko zostanie ze swoim dzieckiem. Jak są święta to nie przyjdzie do placówki z własnej chęci tylko dlatego, że wtedy wypada jej dyżur ale woli spędzić święta ze swoją rodziną i dziećmi, co często mimowolnie okazuje. Kiedy przychodzi noc, wychowawcę nie interesuje że dwuletni Damianek boi się, płacze, krzyczy i w warunkach rodzinnych mama zabrałaby go do swojego łóżka. Wychowawca wychodzi z domu dziecka i dwuletni Damianek krzyczy tak długo aż zaśnie ze zmęczenia. Przychodzi jedna osoba na nocny dyżur i siedzi w kantorku więc ciężko od niej wymagać żeby ukoiła naście maluchów. Instytucja nigdy nie zastąpi dzieciom tego, co powinny dostać, a przede wszystkim nie da im stabilizacji i bezpiecznych więzi. O ile u starszych dzieci można na różne sposoby o tym dyskutować, o tyle i niemowląt i małych dzieci bardzo mocno widać zaburzenia przywiązania i różnice wychowania placówkowego a pieczy zastępczej rodzinnej. Dzieci które dostajemy z instytucji to są dzieci bardzo mocno zaburzone, wiele lat potrzeba żeby wyprowadzić je z tego zaburzenia a czasami to się niestety nie udaje.
Czy w takim razie szkoleniem wychowawców w domach dziecka nie powinni zajmować się rodzice zastępczy, którzy mają doświadczenie?
KKB: Moim marzeniem jest, żeby domów dziecka nie było wcale. Oczywiście że właśnie rodzice zastępczy powinni szkolić kandydatów z takiej tematyki bo nikt nie zrobi tego tak dobrze jak praktyk. Żadna teoria nas nie nauczy tego co najistotniejsze. Bardzo ważne są doświadczenia własne, które ma rodzic zastępczy. To on nam powie z własnego doświadczania na przykład, że ten osiemnasty rok życia dziecka niewiele zmienia, dziecko dalej się rozwija i nadal styl przywiązania może się zmienić, więc kryzysy w tym wieku jeszcze o niczym nie świadczą, wciąż mamy czas na pracę.
Jak wygląda wejście w dorosłość u Pani dzieci?
KKB: Dzieci w wieku 18 lat wchodzą w tryb świadomości że ten moment opuszczenia domu nastąpi, przygotowujemy plan usamodzielnienia i rozmawiamy. Później podejmują decyzję czy chcą kontynuować naukę w domu, czy na stancji, może iść do pracy lub na studia. W zależności od tej decyzji przychodzi etap drugi. Wchodzimy w tryb stopniowego usamodzielniania ale wiedzą, że mama dalej pomaga i wspiera nadal mają dom, do którego zawsze mogą wrócić. Niestety nie zawsze proces wejścia w dorosłość przebiega łatwo. Bywa różnie. Dzieci w tym wieku nie są jeszcze gotowe na samodzielne życie. Ten moment kiedy dziecko jest blisko 18 roku życia jest momentem kryzysowym dla naszych dzieci, wydaje im się, że są już niepotrzebne. Ja moim dzieciom cały czas powtarzam, że są ważne, kochane, tylko one niby to słyszą, ale podświadomie ciągle doszukują się tego odrzucenia, które znają. Myślą, że jeżeli biologiczna matka je odrzuciła, było odrzucane w szkole i wszędzie po kolei, to tutaj w domu także spodziewają się odrzucenia. To, co mi dała najstarsza córka to mądrość i doświadczenie, dzisiaj chyba już wszystko moje dzieci mogą mi powiedzieć, i wystawić na każdą możliwą próbę w mnie to nie złamie, już wiem że to etap który minie. Moim najlepszym nauczycielem było pierwsze dziecko. Pokazało mi, że nasz proces wychowawczy trwa zupełnie inaczej, dłużej niż z dzieckiem biologicznym bo nasze dzieci potrzebują dużo więcej zapewnień, że są chciane i kochane.
Pani dzieci z jednej strony wiedzą że w każdej chwili mogą zadzwonić do mamy, która ich wysłucha, a z drugiej strony mają przestrzeń do podjęcia własnych decyzji i mają przy tym Pani pełne wsparcie.
KKB: Wydaje mi się, że to jest właśnie mądra miłość i do tej miłości musiałam dojrzewać, to nie było tak, że pierwsze dzieci wychowywałam dokładnie tak samo jak te, które wychowuję teraz. 20 lat temu moje myślenie o wychowaniu nie było takie jak dzisiaj, tylko doświadczenia z dziećmi sprawiły, że we mnie wiele rzeczy się zmieniło i zaczęłam patrzeć, które moje zachowania oddziałują pozytywnie, uczą dzieci samodzielności ale przede wszystkim regulacji. One wiedzą, że tu jest miejsce, oaza do której mogą wrócić i odpocząć. Ale żeby była jasność, oni mają prawo wrócić do domu i odpocząć ale później idą i ja im to cały czas powtarzam. Dzisiaj mam w sobie pewność, że rolą mamy nie jest tylko głaskanie po głowie, dawanie schronienia całe życie i bycie bańką, bycie mamą to jest też pokazywanie, że są różne rozwiązania, trzeba próbować , nie zniechęcać się, żeby dziecko umiało się w tym świecie odnaleźć.
Pewna pani psycholog powiedziała, że musimy sobie uświadomić, że dzieci nie wychowujemy dla siebie tylko dla ludzi że musimy to dziecko tak nauczyć żeby ono mogło wyjść z domu i żyć. Dzisiaj jest wiele osób mających ponad, 28 czy 30 lat, które nie potrafią odciąć tej pępowiny.
KKB: Są bardzo różne sytuacje i dlatego nie chcę tego oceniać. Jednak moim zdaniem szczęśliwi ludzie to ludzie którzy mogą być samodzielni i podejmować własne decyzje. Moim celem jest dać dzieciom narzędzia i umiejętności aby mogły się usamodzielnić i żyć na własny koszt. Nie chronię dzieci przesadnie bo świat nie będzie się z nimi inaczej obchodził dlatego że byli w pieczy zastępczej. Uczę swoje dzieci, że jeżeli czujemy, że z czymś jest nam trudniej to znaczy, że my musimy na to ciężej pracować, więcej niż inni ale nie jesteśmy zwolnieni z obowiązków czy próby samodzielności bo mieliśmy trudne dzieciństwo. Wymagam adekwatnie do możliwości i pokazuję im że potrafią.
Czy uważa Pani, że istnieje sens powstania związku zawodowego żeby ułatwić rodzicom w pieczy zastępczej wsparcie takie instytucjonalne?
KKB: Mamy już dwa związki zawodowe rodziców zastępczych jeden jest pod szyldem „Solidarności”. Te związki zawodowe jak najbardziej są potrzebne, dlatego że my nie mamy zbyt wielu praw. Pomimo, że jestem przy dzieciach cały czas, jestem pominięta w systemie, jestem nikim w sądzie i w urzędzie który mnie zatrudnił. Pomimo że jestem trenerem, szkoleniowcem, zrobiłam mnóstwo kursów, wydawałam tysiące na szkolenia u najlepszych specjalistów, mam całą masę papierów w teczce potwierdzających moją wiedzę i kompetencję i tak później słyszę w prokuraturze, że być może to ja namawiałam dzieci żeby zeznawały przeciwko rodzicom. Czasami ręce opadają i chciałoby się ten system rozliczyć, zmusić do odpowiedzialności. To nie przez dzieci już nie mam chwilami sił, to właśnie przez prokuratorów, sędziów, urzędników, którzy nie potrafią nas traktować partnersko. Ja nie czuję się zawodową matką, ale czuję się profesjonalną matką, czuję się profesjonalistą w tym co robię. Od początku wiedziałam, że żeby zajmować się dziećmi to muszę pozyskać wiedzę, dlatego że każde moje dziecko przychodzi z innym obciążeniem one są z niepełnosprawnościami, mają orzeczenia. Nie mogę do nich podejść maszynowo czy spontanicznie, muszę posiadać pewną określoną wiedzę, muszę zrobić szkolenia na temat autyzmu, niepełnosprawności intelektualnej, na temat FAS’u bo mam 15 dzieci z FAS’em, na temat każdej rzeczy muszę się wyszkolić bo przecież ja się z tym nie urodziłam nie uczyli mnie tego w szkole. Rodziców zastępczych mocno się nie docenia. Umniejsza się nasze umiejętności, specyfikę pracy i profesjonalizację, w której my się odnaleźliśmy i robimy to nadal dla dzieci. One są naszą siłą i motywacją.
Czy jest coś za czym pani tęskni?
KKB: Normalność. To, że mam na coś czas, że nie ma ciągłego napięcia, stresu, że coś trzeba zrobić, że są terminy, że za chwilę przyjdzie jakaś kontrola, wszystko musi się zgadzać w papierach. To co robi rodzic zastępczy to są właśnie akty prawne, kalendarz i biurokracja, rachunki, sprawozdania, raporty, kontrole, spotkania z koordynatorem rodzinnej pieczy zastępczej, wyjazdy do urzędu. To, co normalnie w urzędzie robi cały zespół pracowników, ja robię sama, do tego jeszcze mam ugotować obiad, posprzątać dom, każde dziecko chce też opowiedzieć o swoim dniu i bieżących problemach. Potrzeba bardzo dużo siły samodyscypliny i organizacji ale pomimo trudności nigdy nie zrezygnowałabym z tego co robię. Kocham moje dzieci najmocniej na świecie i dla nich jestem w stanie znieść już chyba wszystko.
Bardzo dziękujemy za rozmowę.