
Obejrzyj kazanie Abp Adriana Józefa Galbasa w czasie uroczystości 50. rocznicy Zrywu w Ursusie: Kliknij TUTAJ
Panie, Ty jesteś blaskiem ich potęgi, a Twoja przychylność dodaje nam mocy
(homilia wygłoszona w 50. rocznicę strajków w Zakładach Ursus,
Warszawa, 28 czerwca 2026 r.)
Siostry i Bracia,
to dla mnie wielkie wzruszenie, móc być tu dzisiaj z Wami, w pięćdziesiątą rocznicę wydarzeń czerwcowych w Ursusie.
Serdecznie pozdrawiam władze państwowe i samorządowe, służby mundurowe, organizatorów tego spotkania, czyli NSZZ Solidarność, pozdrawiam duchownych, a nade wszystko was, Bracia i Siostry, mieszkańców Warszawy i przybyłych z innych części naszej Ojczyzny. Wśród was, chcę zaś szczególnie wyróżnić tych, którzy pół wieku temu domagali się tu swoich słusznych praw. Jesteście prawdziwymi bohaterami.
Pozdrawiam także tych, którzy dołączają do nas za sprawą transmisji w telewizji „Trwam”.
Osobiście tamtych wydarzeń nie pamiętam. Miałem wtedy osiem lat. Pierwsze skojarzenie to kolorowe kartki na cukier, wprowadzone w sierpniu 1976 roku. O tym, co tu się wydarzyło, dowiedziałem się znacznie później i to też nie z lekcji historii w szkole. Ta przez długi czas Radom, Warszawę i Płock zbywała milczeniem, jak zresztą wiele innych przełomów tamtego czasu.
Chrystus Pan powiedział nam przed chwilą ważne słowa: „Kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je” (Mt 10,39). Chrystus myśli tu oczywiście najpierw o życiu wiecznym, które jest nagrodą za jasne, zdecydowane opowiedzenie się za Nim na tej ziemi. Słuchając tych słów nie powinniśmy jednak myśleć, że doczesność jest nieważna. W żadnym razie. Także ona powinna być dobrze przez nas konstruowana. Konstruowana „z Jego powodu”, czyli po chrześcijańsku.
Chrześcijaństwo nie polega bowiem na bagatelizowaniu, albo – co gorsza – na niezauważaniu doczesności. Nie, ona nie jest nic nie warta. Przecież Chrystus stał się człowiekiem, przyszedł na ziemię, tu pracował, tu mieszkał i żył. Chrześcijaństwo jest wcielone. Docenia wartość życia na ziemi, co ładnie powie Sobór Watykański II w Konstytucji „Gaudium et spes”, prosząc, by nikt błędnie nie przeciwstawiał sobie czynności zawodowych i społecznych z jednej, a życia religijnego z drugiej strony. Mówi dalej Sobór kategorycznie, że chrześcijanin, zaniedbujący swoje obowiązki doczesne, zaniedbuje swoje obowiązki wobec bliźniego, co więcej, wobec samego Boga i naraża na niebezpieczeństwo swoje zbawienie wieczne (por. GS,43).
Tak więc być chrześcijaninem, to także dbać o wysoką, doczesną jakość swojego życia, o to, by było ono jak najbardziej ludzkie i jak najbardziej Boże.
W takim kontekście patrzymy na wydarzenia sprzed pół wieku. Robotnicy czerwca 1976 roku nie chcieli wiele; chcieli tego co podstawowe: móc dobrze pracować, uczciwie zarabiać, godnie żyć i być szczęśliwi. Dlatego zastrajkowali, dlatego rozmontowali tory kolejowe, dlatego wykrzyczeli swoje gromkie „nie”, temu wszystkiemu, co im te wartości zabierało.
Pierwszą sprawą o jaką wystąpili była właśnie godność człowieka. Nie chcieli być ludźmi bez znaczenia. Nie chcieli, by ich życiowa sytuacja, ich problemy, ich potrzeby były lekceważone przez władzę, która mówiła o sobie, że jest ludowa, robotnicza, chłopska i proletariacka. I która w kółko nawoływała do zjednoczenia. Według tej władzy lud miał posłusznie pracować i milczeć. Miał zadowolić się tym, co mu państwo oferowało, nie chcieć więcej, nie myśleć inaczej. Wykonywać.
„Pocztówkowy szał”, a każdy z nas ich pięćset miał, miał zastąpić nam „nową parę jeans”, jak pisał potem Bohdan Olewicz, a śpiewał oczywiście niezapomniany i niepodrabialny „Perfect”. Do tego były jeszcze wczasy z Funduszu i kartki. Najpierw na cukier, a potem już prawie na wszystko. Jeśli ktoś chciał więcej, był nazywany warchołem, chuliganem, czy niebieskim ptakiem.
Horacy pisał „nie cierpię gminu”. Tamta władza też nie cierpiała gminu. I robotnicy z Ursusa upomnieli się o swoje, o coś co było najbardziej „ich”, a czego byli pozbawieni: upomnieli się o godność. „Nie ma już Żyda ani poganina, pisze św. Paweł, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3,28). Tak każdy człowiek ma taką samą godność: kobieta i mężczyzna, niewolnik i wolny, robotnik, chłop i inteligent, zdrowy i chory, młody i stary, narodzony i noszony pod sercem matki. Głos każdego człowieka, zwłaszcza w demokracji, ma taką samą wagę i takie samo znaczenie. O tę godność upominali się tu, pół wieku temu.
Także dzisiaj, w wolnej Polsce, musimy się troszczyć i chronić szacunek dla każdego człowieka, niezależnie od jego pochodzenia społecznego, przekonań politycznych, wykonywanego zawodu, czy wykształcenia. Polska to nie pociąg. Nie ma w niej obywateli pierwszej i drugiej klasy, nie ma uprzywilejowanych i bez przywilejów, uprawnionych i bez praw.
Szacunek dla drugiego musi wyrażać się także w nie używaniu wobec każdego słów, które go zniszczą. Jaką karierę w polskim języku robi słowo, które kiedyś znali tylko ludzie posługujący się angielskim, dziś zna je każdy. Po angielsku słowo to oznacza nienawiść. I jest nienawiścią. To hejt, czyli obraźliwe, agresywne, lub pełne pogardy wypowiedzi skierowane przeciwko osobie, grupie osób, organizacji lub zjawisku, publikowane w Internecie i mediach społecznościowych. Nie ma to oczywiście nic wspólnego ze zdrową krytyką. Krytyk powie ci: nie zgadzam się z tobą, mam inne zdanie, bo to czy tamto. Hejter powie ci: jesteś kompletnym idiotą i nie wiesz o czym mówisz. Taki hejt zniszczył już wielu. To jedno z najbardziej podstawowych i powszechnych dziś narzędzi atakowania drugiego człowieka; jego godności i jego autonomii. Jako chrześcijanie musimy się temu przeciwstawiać. I oczywiście sami tego narzędzia, broń Boże, nigdy nie używać.
To wielkie zadanie każdego, ale zwłaszcza polityków, ludzi Kościoła i mediów, by stać na straży godności każdego jednego człowieka. Każdy bowiem jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże (por. Rdz 1,26) i za każdego umarł Chrystus (por. 2 Kor 5,14).
Drugą krzywdą, której doświadczano wówczas i której bardzo doświadczyli robotnicy czerwca także po czerwcowym strajku była niesprawiedliwość. Przemoc w tym obszarze ma miejsce wtedy, gdy państwo niesprawiedliwość czyni prawem, albo gdy jakaś grupa dąży do nadania własnym regułom rangi jedynego prawa, próbując w ten sposób zalegitymizować niesprawiedliwość. Tak było wtedy.
Przeciwko temu protestowali robotnicy Ursusa, a za swoje odważne wystąpienia byli karani. Wiemy, co ich spotkało: „ścieżki zdrowia”, niesprawiedliwe procesy sądowe, kryminalne zarzuty, wyroki do dziesięciu lat więzienia, organizowane przez partię, wiece potępienia. Śmiertelną ofiarą spotkania z milicyjnym patrolem był Jan Brożyna, czy ks. Roman Kotlarz, który wspierał robotników modlitwą i kapłańską posługą.
Jeden z ówczesnych bardów, Leszek Czajkowski w wierszu „Ursuski Czerwiec 1976” pisał tak:
„Służby pacyfikują ludzi
I krew znów tryska robotnicza
Potem, by większy strach obudzić
Przywódców strajku się rozlicza
Temida trzyma zamiast wagi
Bat totalitarnego prawa
I rośnie cień czerwonej flagi
Która jest coraz bardziej krwawa”.
Na szczęście niesprawiedliwe cierpienia robotników z czerwca 1976 r. nie poszły na marne. Wywołały reakcje solidarności, takie, jak choćby głodówka w kościele św. Marcina w obronie prześladowanych. Potem powstał także Komitet Obrony Robotników, który zjednoczył w konkretnym działaniu ludzi opozycji o bardzo różnych poglądach. Powstanie KOR-u prymas Wyszyński przyjął z wyraźnym uznaniem, co wyraził w liście do Jana Józefa Lipskiego z 29 września 1976 roku. „Episkopat, pisał, docenia znaczenie ruchów kontestacyjnych, gdyż nie czuje się sam w walce o prawa osoby ludzkiej; nadto ma możność weryfikować swoje postawy”. Mieliśmy także bezpośrednie interwencje hierarchów w obronie represjonowanych. Był List Episkopatu Polski do premiera PRL Piotra Jaroszewicza (z 16 lipca 1976 r.), List prymasa Wyszyńskiego skierowany do Edwarda Gierka, I sekretarza PZPR (z 19 lipca 1976 r.), był Komunikat Konferencji Plenarnej Episkopatu z 10 września 1976 roku, był wreszcie Apel o zaniechanie represji wobec robotników zamieszczony w Komunikacie KEP z 19 listopada 1976 r. Znaczącym sukcesem wspólnych działań podjętych w obronie represjonowanych robotników były amnestie z lutego i lipca 1977 roku.
Troska o sprawiedliwość to także dzisiaj sprawa podstawowa. Wymiar sprawiedliwości musi być wreszcie naprawiony, bo jest niezbędny do właściwego funkcjonowania państwa. Kard. Józef Ratzinger dawno temu zwracał już uwagę, że w Średniowieczu waśnie między rodzinami i miastami rozstrzygane były za sprawą samosądów. Nastanie pokoju społecznego nastąpiło dzięki rezygnacji z przywracania sprawiedliwości za pomocą przemocy. Ochronę swoich praw powierzono bowiem instytucjom centralnym w postaci sądownictwa i jego organów. Zrezygnowano z prawa siły, gdyż uwierzono w siłę wspólnego prawa i jego zdolność przywracania sprawiedliwości. Siła prawa zastąpiła prawo siły, gdyż organy państwa nie były już postrzegane jako narzędzia przemocy w rękach władzy, ale jako instytucje chroniące prawa każdego i dążące do ustanowienia relacji uznanych za sprawiedliwe przez wszystkie strony sporu.
To ważne, aby w tym obszarze nastąpił wreszcie w Polsce porządek. Wiem, że wszystkie strony politycznego sporu go chcą, choć inaczej postrzegają drogę ku niemu. Apeluję o połączenie wysiłków. Chodzi o to, by każdy obywatel miał przekonanie, że państwo chroni jego prawa. Gdyby bowiem wyroki sądów były powszechnie odbierane nie jako wymierzanie sprawiedliwości, ale jako akty zinstytucjonalizowanej przemocy ze strony jakiejś grupy mającej do dyspozycji aparat władzy, wówczas groziłby nam powrót do samosądów.
I wreszcie trzecim, choć bezpośrednim motywem strajków pięćdziesiąt lat temu, były radykalne podwyżki cen żywności, sięgające nawet stu pięćdziesięciu procent. Ukrywano je. W oficjalnych przemówieniach przedstawicieli władzy mówiono, że „problem struktury cen podstawowych artykułów żywnościowych wymaga (…) dalszej analizy”, albo o „konsekwentnej realizacji polityki pogrudniowej”. Ale robotnicy nie byli głupi. Wiedzieli o co chodzi i wiedzieli, że te podwyżki ich zabiją. W sumie zastrajkowało ponad osiemdziesiąt tysięcy robotników w Radomiu, Warszawie, Płocku i w całej Polsce. Strajkujących zakładów było ponad sto.
Dzisiaj jesteśmy jednym z bogatszych krajów świata. Cywilizacja dobrobytu przynosi wiele udogodnień i wiele dramatów. Mamy znacznie więcej „chleba i igrzysk”, ale także znacznie więcej depresji i znacznie mniej czasu. Wielu coraz szybciej wspina się po szczeblach rozmaitych drabin, a będąc u szczytu spostrzegają, że drabina jest przystawiona nie do tej ściany.
Choć bez chleba żyć się nie da, to jednak nauczanie Jezusa o tym, że „nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4,4) wciąż pozostaje aktualne. Coś, co wydaje się „zyskaniem” życia, jak mówi dzisiejsza Ewangelia (por. Mt 10,39), może w ostatecznym rachunku przynieść wielkie rozczarowanie i stratę. „Ciało martwe jest bez duszy, a dusza martwa jest bez ciała”, mówił św. Augustyn.
Z drugiej strony, rosnący dobrobyt nie usuwa problemu biedy. Także dziś wiele osób myśli nie tylko o tym, jak żyć, ale jak przeżyć. To także z tego powodu spada dzietność polskich małżeństw. Wychowanie dzieci jest coraz droższe. Jakże to więc ważne, by państwo – jeśli dalekowzrocznie myśli o swej przyszłości – szczególnie wspierało małżeństwo i rodzinę, zwłaszcza rodzinę wielodzietną.
Tak, widzimy, że w coraz bogatszej Polsce wielu ubogich wciąż mamy u siebie (por. Mt 26,11). Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w roku 2024 dwa miliony ludzi w Polsce żyło w skrajnym ubóstwie. To tyle, co cała Warszawa. A ilu jest tych, którzy żyją w ubóstwie co prawda nieskrajnym, ale tylko nieco mniej dotkliwym.
Wciąż jest też wielkie zapotrzebowanie na ludzi autentycznie przejętych ich losem. Dziękuję każdemu, kto ofiarnie, bezinteresownie, bez rozgłosu i stale, pomaga dziś swojemu bliźniemu, nie patrząc na to, czy ten bliźni jest z Polski, Ukrainy, czy z jakiegokolwiek innego miejsca na świecie.
Słyszeliśmy dziś o wartości drobnego gestu pomocy. Najpierw w pierwszym czytaniu (por. 2 Krl 4,8-16a). Oto prosta kobieta z Szunem przyjęła z całą serdecznością proroka Elizeusza. Przygotowała dla niego obmurowany mały pokój, co znaczy, że było tam chłodniej, wstawiła łózko, stół, krzesło i lampę. Chciała by gość czuł się u niej dobrze. W nagrodę Bóg pobłogosławił jej potomkiem. Urodziła syna.
O czymś jeszcze większym mówi Pan w usłyszanej przed chwilą Ewangelii. „Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych, dlatego, że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody” (Mt 10, 42). Wystarczy więc podanie jednego kubka zwykłej wody, aby otrzymać aż tyle! Niech to jeszcze bardziej zachęca nas do dobroczynności, do bycia dobrym. Najmniejszy gest dobroci, poza tym, że ma wartość sam w sobie, jest też dostrzeżony przez Boga i ma znaczenie również w Jego oczach.
Tak, „kto chce znaleźć swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie?” (Łk 9,24-25).
Siostry i Bracia,
z najgłębszym szacunkiem chylę dziś czoła przed robotnikami czerwca 1976 roku. Dziękuję wam za waszą odwagę, pokorę i uczciwość. Jesteście wielcy! To, co zrobiliście wtedy nigdy nie może być zapomniane. Dla tych, którzy przekroczyli już próg śmierci, modlę się o szczęśliwą wieczność z Chrystusem. Wierzę, że – jak powiedział nam to dziś św. Paweł – prawdziwie żyją już oni dla Boga (por. Rz 6,11).
Módlmy się też dzisiaj i za siebie, byśmy i my stanęli na wysokości zadań, jakie stawia przed nami Bóg, Polska i nasze codzienne życie. Byśmy nie byli dezerterami.
Ty Panie, powtarzamy za dzisiejszym Psalmistą, (por. Ps 89,18) „jesteś blaskiem ich potęgi, a Twoja przychylność dodaje nam mocy”. Amen.
+ Adrian J. Galbas SAC
Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!